www.glosmilicza.pl

:: Byłoby łatwiej bez „trupów” wypadających z szafy
Wiadomość dodana przez: jsl (2017-10-05 08:56:20)

Rozmowa ze starostą milickim Krzysztofem Osmelakiem
15 września minął rok, od kiedy objął pan po odwołanym przez Radę Powiatu Janie Krzysztofiku stanowisko starosty milickiego. Jaki to był rok dla Pana i dla powiatu?
Przede wszystkim trudny, ale też i pracowity.


Gdy byłem rok temu wybierany na stanowisko starosty, wiedziałem, że sytuacja finansowa powiatu jest trudna, ale nie zdawałem sobie sprawy, że będzie aż tak ciężko. Pierwszym sukcesem, już na starcie, było powołanie przez Radę Powiatu zarządu w pełnym składzie. Przez wiele miesięcy Zarząd Powiatu tworzyły tylko dwie osoby: starosta Jan Krzysztofik i Marcin Goczling. W związku z trudną sytuacją powiatu i brakiem pełnego organu wykonawczego, jakim jest zarząd, wisiała nad nami, co prawda odległa, ale zawsze, groźba wprowadzenia do powiatu komisarza. Wojewoda wystosował do nas wzywające do wyjaśnień mocne pismo, dające możliwość rozpoczęcia procedury wprowadzenia komisarza. Na to pismo udzieliliśmy odpowiedzi. Ponownie po miesiącu wojewoda zażądał od nas różnych dokumentów, które dostarczyliśmy w terminie. Ta prośba o dokumenty trochę mnie zaniepokoiła, dlatego też 15 grudnia 2016 r. pojechałem do wojewody Pawła Hreniaka na umówione wcześniej spotkanie. Przekazałem panu wojewodzie informację, że w powiecie milickim realizujemy wszystkie nasze zadania. Mimo trudnej sytuacji finansowej bez przeszkód funkcjonują szkoły, urząd Starostwa, szpital, łatamy też i odśnieżamy drogi. To trwające około pół godziny spotkanie odbyło się w serdecznej atmosferze. Po tym spotkaniu nie było już ze strony wojewody pism wzywających do składania kolejnych wyjaśnień dotyczących sytuacji w powiecie.

A jak pan sam odnalazł się na stanowisku starosty? 
W końcu kierowanie przedsiębiorstwem a jednostką samorządową różni się diametralnie.
Byłem radnym powiatowym przez 16 lat i sprawy powiatu od początku jego istnienia były mi bardzo bliskie. Sam mechanizm zarządzania Starostwem jest nieco inny od kierowania przedsiębiorstwem. W przedsiębiorstwie to ja tworzyłem jednoosobowy zarząd i sam podejmowałem decyzje. W powiecie nie mam takiej swobody w podejmowaniu decyzji. Większość spraw musi być uchwalona przez Zarząd Powiatu, a główne strategiczne decyzje podejmuje Rada Powiatu, która m.in. uchwala i rozlicza wykonanie budżetu. Ponadto w przedsiębiorstwie pracowałem w spokoju, a tutaj wszyscy mnie obserwują i patrzą na ręce. Jestem publicznie rozliczany z każdej podjętej decyzji. Gdybym popełnił jakiś błąd, to szybko zostałoby to wyciągnięte na światło dzienne. Zaraz byłaby natychmiastowa reakcja ze strony mediów czy też radnych. Generalnie praca na stanowisku starosty daje mi wiele satysfakcji. Ja zresztą od zawsze byłem działaczem społecznym. Już w latach 70. działałem w Związku Młodzieży Wiejskiej i od wielu lat jestem członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Pierwszym poważnym problemem, z jakim się pan zetknął po objęciu funkcji starosty, była zła sytuacja finansowa powiatowych szkół średnich. Istniało zagrożenie, że część nauczycieli może nie mieć wypłaconych pensji w grudniu. Do Milicza przyjechała nawet telewizja regionalna, która kręciła materiał na ten temat. Czy istnieje groźba, że sytuacja powtórzy się także w tym roku?
Rzeczywiście, sytuacja finansowa była wówczas trudna, ale nie znowuż taka tragiczna, jak ogłaszali wszem i wobec radni opozycji. Cyklicznie co miesiąc spotykaliśmy się na posiedzeniach Zarządu Powiatu z dyrektorami i księgowymi szkół. Analizowaliśmy poszczególne wydatki i decydowaliśmy, z czego można zrezygnować, a jaki wydatek jest konieczny do poniesienia. Była to mrówcza praca nad budżetem, którą musieliśmy wykonać. W ten sposób udało nam się zaoszczędzić trochę środków. W efekcie wszyscy nauczyciele i pracownicy szkół dostali swoje wypłaty na czas. Osobiście uważam, że ten kryzys został trochę sztucznie nagłośniony przez nieprzychylną Zarządowi Powiatu opozycję. Ściągnięto telewizję, mówiono jak u nas jest źle, pokazywano szkoły, nauczycieli, a radni opozycji wypowiadali się, że sytuacja w Miliczu jest tragiczna. W tym roku wszyscy pracownicy szkół też na pewno otrzymają pensje na czas i już teraz chcę uspokoić nauczycieli, że mogą spać spokojnie. Przykładem, że wypłacamy na czas swoje zobowiązania, jest to, że część nauczycieli w styczniu otrzymała przysługujące im zgodnie z Kodeksem Nauczyciela wyrównanie swoich wypłat do minimalnej pensji nauczycielskiej. W sumie w styczniu przelaliśmy nauczycielom ponad 100 tys. zł dodatkowych pieniędzy.

Po opanowaniu pożaru w oświacie w styczniu pojawił się drugi, jeszcze bardziej nieoczekiwany, problem. Dowiedział się pan o wszczęciu przez komornika procedury egzekucyjnej długu w wysokości ok. 300 tys. zł na rzecz firmy Tamex z Warszawy, która wybudowała salę sportową i łącznik przy I LO w Miliczu. Trzeba było firmie Tamex zapłacić te sporne pieniądze, które w przeszłości powiat zapłacił podwykonawcy ze Słowacji. Czy te pieniądze da się odzyskać?
Przede wszystkim podkreślenia wymaga, że to postępowanie egzekucyjne nie zostało wszczęte dzięki podjętym przeze mnie działaniom. Owszem był to rzeczywiście taki przysłowiowy „trup”, jaki mi wypadł z szafy. W ogóle się tego nie spodziewałem i o całej sprawie dowiedziałem się dopiero w drugiej połowie stycznia, kiedy otrzymaliśmy z Tamexu wyrok sądowy z klauzulą wykonalności. Była to niezwykle trudna sprawa, gdyż Tamex żądał natychmiastowej zapłaty całej kwoty wraz z odsetkami. Podjąłem się mediacji z zarządem firmy Tamex. Pojechaliśmy z panią skarbnik Haliną Witkowską do Warszawy na rozmowy, bo oni nie chcieli przyjechać do Milicza. W końcu udało nam się uzyskać porozumienie, aby tę kwotę zadłużenia rozłożyć na raty. Ponadto udało nam się przekonać firmę z Warszawy do nienaliczania odsetek za 2017 rok. Ten dług został już przez nas spłacony w trzech ratach. Ostatecznie udało nam się uniknąć zajęcia konta przez komornika, co byłoby dla nas wielkim problemem. Jeżeli chodzi o możliwość odzyskania tych wypłaconych pieniędzy podwykonawcy – firmie Hupro ze Słowacji – to działamy dwutorowo. Po pierwsze złożyliśmy dokumenty w ubezpieczalni Warta, która ubezpiecza naszą poprzednią kancelarię prawną. Przez błąd formalny i niedopatrzenie terminu przez naszą byłą kancelarię nie mogliśmy się skutecznie odwołać od niekorzystnego dla nas wyroku sądu. Ponadto doszliśmy do wniosku, że Hupro to nieuczciwa firma, która próbowała nas oszukać. W związku z tym 2 miesiące temu zgłosiliśmy tę sprawę do prokuratury, która obecnie prowadzi postępowanie w sprawie wyłudzenia pieniędzy od powiatu. Jeżeli chodzi o kontakt z firmą Hupro, to ma ona swojego przedstawiciela w Polsce.

Z powiatowej szafy wypadły panu także inne „trupy”, jak chociażby przegrana sprawa wypłacenia MSPDiON dodatkowej dotacji za przyjęcie do ośrodka w trakcie roku szkolnego dodatkowych uczniów z orzecznictwem do kształcenia specjalnego. Jest jeszcze sprawa zwrócenia do budżetu państwa 2,3 mln zł nienależnie pobranej subwencji oświatowej za wczesne wspomaganie. Kiedy powiat skończy zwracać do budżetu państwa ten duży dług?
Rzeczywiście, MSPDiON musieliśmy zapłacić około 160 tys. zł za dodatkowo przyjęte do szkoły dzieci w 2013 roku. W sądzie jest jeszcze sprawa na ok. 200 tys. zł za zapłatę zobowiązania, jakie rości sobie MSPDiON za 2014 rok. Jeżeli chodzi o zwrot pieniędzy za wczesne wspomaganie, to udało mi się wynegocjować rozłożenie spłaty tego zadłużenia w dłuższym okresie czasu, do końca 2018 roku. Na dziś do spłaty pozostało nam pięć rat po 178 tys. zł. Jedną ratę spłacimy w tym miesiącu, a cztery kolejne w 2018 roku.

A czy powiat zachowuje obecnie płynność finansową? Czy udaje wam się płacić wszystkie faktury w terminie?
Na pewno byłoby nam łatwiej, gdybyśmy nie musieliśmy płacić kolejnych zobowiązań za te wypadające z szafy „trupy”, a więc za halę przy I LO i dotacji dla MSPDiON. Mimo tej trudnej sytuacji zachowujemy płynność finansową. Nie mamy wielkich zaległości, jeżeli chodzi o płacenie bieżących faktur.

Do końca został jeszcze tylko jeden rok rządów. Co planujecie zatem zrobić w 2018 roku?
Mimo tych problemów finansowych nie załamujemy rąk i staramy się o znalezienie dofinansowania na wykonanie remontów kolejnych dróg. W tym roku wylejemy asfaltem gruntową drogę powiatową w Sędraszycach w gminie Cieszków. Zadanie to wykonamy dzięki dofinansowaniu z Urzędu Marszałkowskiego oraz dzięki wsparciu finansowemu gminy Cieszków. W przyszłym roku chcielibyśmy natomiast wylać nowy asfalt na dziurawej drodze z Wąbnic do Wałkowej. Jest bardzo duża szansa na to, że przy wsparciu Lasów Państwowych, Urzędu Marszałkowskiego oraz gmin uda nam się tę inwestycję w końcu wykonać.

Na co dzień oprócz współpracy z Zarządem Powiatu musi pan także współdziałać z Radą Powiatu, która jest organem uchwałodawczym. Posiedzeniom radnych często towarzyszy wiele emocji. Był pan radnym 4 kadencje i chyba takiej trudnej sytuacji politycznej w powiecie jeszcze nie było?
Ta kadencja rzeczywiście jest wyjątkowa. Nigdy w przeszłości nie było tak wielu agresywnych ataków ze strony radnych opozycji. Wiadomo, że nie urodził się jeszcze taki, który by wszystkim dogodził, ale radni opozycji z założenia krytykują nasze wszelkie działania, nie wskazując żadnych merytorycznych rozwiązań. Osobiście boli mnie to, że dla części radnych jest tym lepiej im jest gorzej w powiecie, bo wtedy mają pożywkę do ataków, które często nie są w żaden sposób merytoryczne. Najlepszym przykładem była ostatnia próba przyblokowania inwestycji budowy nowej drogi w Sędraszycach. Gdyby radni popierający Zarząd nie przegłosowali zmian w budżecie, to musielibyśmy zwrócić do Urzędu Marszałkowskiego prawie 160 tys. zł dotacji na tę drogę. Po naszej powiatowej opozycji, niestety, spodziewać się mogę wszystkiego najgorszego. Na sesji najczęściej nie są ważne podejmowane uchwały, tylko punkt dotyczący interpelacji, wniosków i zapytań. Wtedy można jak w Hyde Parku w Londynie mówić o wszystkim, co ślina na język przyniesie.

Rozm. Bartosz Jakubowski




adres tej wiadomości: www.glosmilicza.pl/news.php?id=5309